AzjaNie wezmę ze sobą zbyt wiele
Właściwie nic nie zabiorę
Tobołek będzie niewielki
Tylko to co nie jest skończone
Po śladach znanych nie ruszę
Choć kuszą swoją prostotą
Nie zdradzę planów nikomu
DuchDuch żyje we mnie mglisty
Gdzieś
Gdzie nie istnieją czas i zmysły
W oku rozpalonym błyskiem
Drży
Gdy sobą jestem najprawdziwszym
Spokój nie przychodzi nigdy
Gdy chcę
KosmosSpogląda jak świat w oddali
Rozmywa się lecz ciągle trwa
I nie ma go już w nim wcale
Choć przenieść się tam by chciał
Odkąd podąża w nieznane
Lśnią jego oczy złaknione
I nie znajdzie szczęścia wśród planet
LinoskoczekChodzę po lodzie kruchym jak wiara w cud
Walczę uparcie o lepszy grunt dla stóp
Snami mnie mami pokrętny losu rytm
Obietnicami plami mi ufny byt
I płynę płynę jak falą niesiony liść
Unoszę się jak ponad szosą przydrożny pył
Nie PytajNie pytaj mnie czy byłbym w stanie uciec
Czy gdybym miał okazję wziąłbym ją
Nie bardzo wiem czy sercem czy rozumem
Przywrócić mam temu jakiś sens
Im więcej wysilam się by ci sprostać
Tym bardziej kompromituję się
Choć wiem że nie wytrzymamy do końca
Plac ZbawicielaNa gazetach smacznie sobie śpię
A w głowę nie uwiera ich pomięta treść
W prawym bucie wciąż grudzień a w lewym maj
Nie wciąga mnie afera o co jest ten strajk
To świra
Dzień trwa
To dzień świra
RejsCichy szmer dzikich traw
Wabi mnie widmem nasyconych barw
Plącze się z korzeniami drzew
Ruszam znów w halucynogenny rejs
Zanim się krzyk zamieni w ciszę a wiatr
Zaniesie mnie w bliski szaleństwu stan
WilczelykoZnam swoje myśli, prowadzą mnie
Tak jak prowadzę się sam
Wciąż jestem czysty, a czuję się
Jakbym coś brał
Budzą mnie nerwy trujące jak
Wilczego łyka krzew
Kwitnie mi w oczach czerwony krzak
Wyspa nonsensuPrzez brud przez kurz
Co klei się do szyb
Do krwi do płuc
Do każdej z moich tętnic
Przez stres przez bruk
Przeciągam znowu się
Jakby miał jutrzejszy dzień
Być ostatnim dniem na świecie